RSS
sobota, 08 października 2011
Nadszedł czas zmian.

Najwyższy czas, dodałabym. Było mi tutaj dobrze, ale trochę spraw zaczęło się mieszać. Żeby je oddzielić, postanowiłam zmienić adres zapisania. Być może tutaj też będę się pojawiać, ale w tym wydaniu prywatnym, wręcz ekshibicjonistycznym, może trochę próbno-artystycznym. Ale to czasami i raczej dla samej siebie lub anonimowych czytelników z internetu.

Pod nowym adresem znajdziecie Natalię zachwyconą, zafascynowaną. Muzyką, literaturą, filmem... życiem. I tą fascynacją chcę się dzielić. Może ktoś wyniesie ode mnie coś dobrego, zainteresuje się, zachwyci, zafascynuje? Chcę dać tę szansę sobie i innym.

 

Zapraszam wszystkich w nowe miejsce. Zafascynujmy się razem. 

Zachwyty panny Natalii 

16:30, owca.inblack
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 października 2011
Imperium Prawdziwych Mężczyzn

Nikogo pewnie nie zadziwię, informując, że znowu trafiłam na koncert. W dodatku darmowy, bo bilety udało się wygrać mojej Drugiej Połówce.

Gwiazdą wieczoru był zespół The Raw Men Empire, prosto z Izraela. Na ich życzenie instrumenty ustawiono na środku sali, a krzesełka dla widzów dookoła muzyków. Szkoda tylko, że widzowie nie dopisali, nawet właściciele zwycięskich biletów nie stawili się w komplecie. Ale dzięki temu impreza była naprawdę kameralna, a co za tym idzie - takiego klimatu nie da się podrobić.

Panowie styl swojego grania określają jako "pop dylan". Czy słusznie? Ciężko stwierdzić, ich muzyka jest naprawdę bardzo różnorodna, ale przy tym pogodna. Najbardziej trafił do mnie utwór, w którego refrenie Izraelczycy śpiewali, że nie ma piękniejszych kobiet niż rodaczki. Przypadkowo złożyło się tak, że w dniu koncertu Żydzi obchodzili swój Nowy Rok (który to już?). Z tego powodu lider zespołu częstował wszystkich jabłkiem maczanym w miodzie: żeby kolejny rok był równie słodki. Panowie próbowali także wciągnąć publiczność do zabawy. Wyciągnęli nas z miejsc, prosząc o okrążenie ich i śpiewanie w odpowiednim momencie fragmentu piosenki. Z racji  niewielkiej liczby widzów, wyszło to naprawdę komicznie.

Jedyne, czego żałuję, to tego, że nie kupiłam od razu ich płyty. Bo gdzie ja teraz ją dostanę? 

 

 

23:47, owca.inblack
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 września 2011
Męskie Granie razy dwa.

Mam opóźnienie w relacjonowaniu koncertów, ale specjalnie się tym nie przejmuję. Nie zawsze jest czas, nie zawsze jest chęć.

 

Tegoroczne Męskie Granie miało dwie części. Na upartego trzy, jeśli liczyć transmisję internetową. Osobiście stawiłam się w Krakowie i we Wrocławiu.

Przystanek pierwszy: Kraków. Damian wygrał bilety, wystarczyło zatem wsiąść w pociąg, jechać kilka godzin, pochodzić po mieście, spotkać znajomych (których w tym miejscu serdecznie pozdrawiam i bardzo się cieszę, że w końcu udało nam się na siebie wpaść), znaleźć miejsce koncertu i cieszyć się muzyką. Największe wrażenie zrobił na mnie Fisz razem z Emade (ach, ten Emade!), DJ Epromem i panem Pierończykiem. Leszek Możdżer zaczarował publiczność, a Janerka pokazał, ile można mieć energii. Bardzo podobał mi się też występ zespołu Kroke, który grał muzykę, jakiej w radiu nie słychać. Końcowy set Nu Kidz On the Glock, czyli Emade i Eproma, wbił mnie w ziemię. Voo Voo nie zaniżyło poziomu, choć to nie oni byli bohaterami wieczoru. Również T.Love nie mogę nic zarzucić. Tylko Muńkowi, bo koncerty lepiej dawać na trzeźwo. A kilku wersów można nauczyć się na pamięć. Mimo wszystko Męskie Granie w Krakowie nie zawiodło, a dostarczyło wiele radości. Tym bardziej czekałam na 20 sierpnia.

Przystanek drugi: Wrocław. Wojtek Mazolewski (oj, on wie, jak wygląda, i jest przy tym taaaaki uroczy!) i Pink Freud pokazali klasę zajęli pierwsze miejsce na moim prywatnym podium. Kto by pomyślał, że jazz może być tak rockowy? Na kolejnym stopniu pudła postawiłam sobie Tworzywo. Grali krócej niż w Krakowie i zabrakło moich ulubionych utworów, ale nie miałam im nic do zarzucenia. Jazzpospolita jakoś umknęła mojej uwadze (choć spod sceny nie odeszłam na krok), a Lao Che wypadli całkiem przyzwoicie. Dodatkowe punkty dostają za "Strzeż się tych miejsc" z panem Janerką. No, właśnie, Lech Janerka - bohater wieczoru. W końcu wrocławianin. Zagrał świetny koncert, ale największe wrażenie robiły jego występy finałowe: duet z Wojtkiem Waglewskim i "Ta zabawa nie jest dla dziewczynek" z sekcją dętą (panowie z Pink Freud i Mateusz Pospieszalski). Wykonanie tego utworu było dla mnie punktem kulminacyjnym całego koncertu, bo nawet "Test" Fisz, Emade, DJ Eproma i Pink Freud nie zabrzmiał tak niesamowicie. I nawet mogę wybaczyć panu Waglewskiego zaproszenie Myslovitz (dobrze, że grali tylko pół godziny...) oraz słaby występ Voo Voo, bo Pink Freud i finał zrekompensowały wszystkie niedociągnięcia.

 Jakieś podsumowanie? Rok temu był tylko Żywiec. Teraz odwiedziłam Wrocław i Kraków. Czyli za rok czekają mnie trzy koncerty ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31